Napisz do kogoś! :)

niedziela, 25 stycznia 2015

Zagadka #10

Hej!

Wiem, że nie było zagadki w sobotę, ale byłam u babci na urodzinach. 

Rozwiązanie zagadki #9: Notes
Punkt zdobyła: Olga

Zagadka #10:

Ulubione kwiaty pani Ani. :)



Natalia

piątek, 23 stycznia 2015

Opowiadanie #3



- Chodź ze mną, Gabrysiu. Musimy porozmawiać - powiedział król. Weszliśmy do pięknego pałacu. Król prowadził mnie przez piękne korytarze, pełne obrazów i wielkich ozdobnych okien. Po drodze mijaliśmy wiele komnat, których drzwi były otwarte. Po korytarzach przebiegali roześmiani dworzanie. W końcu zatrzymaliśmy się w wielkiej komnacie
z kominkiem, białymi kanapami i portretami poprzednich władców.
- Usiądź - powiedział miłym tonem król i wskazał kanapę - Z pewnością jesteś zmęczona po tak długiej podróży, ale chcę przekazać Ci tylko najważniejsze informacje. Jesteś prawowitą królową Tronody, czyli krainy, w której teraz jesteśmy. Ja jestem twoim dziadkiem. Twój ojciec nie chciał być królem, dlatego uciekł i wskoczył do tornada, które akurat przechodziło przez Tronodę. Ślad po nim zaginął, ale po kilku latach dotarła do nas wieść, że urodziła mu się córka. Postanowiliśmy, że kiedyś Cię odzyskamy, ale nie wiedzieliśmy jak. A tu taka miła niespodzianka. Sama przyszłaś. Teraz będziemy rządzić razem, dopóki będę miał siłę, żeby Ci pomagać. Za tydzień odbędzie się ceremonia koronacji, ale najpierw nasi czarodzieje muszą Cię trochę postarzeć, żebyś mogła pełnoprawnie rządzić - zakończył król i poszedł do innej komnaty. Ciężko było mi przyswoić tyle informacji naraz, ale jakoś sobie poradziłam. Dostałam swój pokój, mogłam się wykąpać, a Zenonem zaopiekowali się dworzanie.
Drugiego dnia zostałam zabrana do podziemnego kanionu, żeby czarodzieje mogli zrobić to, co do nich należy. Rozwinęli w kanonie miękki, okrągły dywan, a dookoła niego rozstawili świece. Kazali mi usiąść w środku. Zaczęli mówić jakieś zaklęcia i nagle poczułam, że robi mi się słabo. Zemdlałam.
Kiedy się obudziłam, leżałam w łóżku w mojej komnacie. Dobrze się czułam. Wstałam
i podeszłam do lustra. Zobaczyłam nastoletnią dziewczynę, w długich, jasnobrązowych włosach i o zielonych oczach. Nie spodziewałam się, że będę tak wyglądać. Ale moim zdaniem czarodzieje wykonali kawał dobrej roboty.
Kolejne dni mijały na uczeniu mnie jak rządzić, nauce historii Tronody i próbach do ceremonii. Ścigałam się z Radibem, szesnastoletnim chłopakiem, którego bardzo polubiłam. Oczywiście ścigaliśmy się na koniach, ja na Zenonie, a Radib na Tosi (to jego klacz). Staliśmy się dobrymi przyjaciółmi.
Nadszedł dzień ceremonii. Miałam na sobie piękną, łososiowo - brązową suknię. Uroczystość zaczęła się o piętnastej. Odbywała się w jednym z dworków w wysokich górach. Było to pięknie przygotowane miejsce, udekorowane kolorowymi lampkami
i pomarańczowymi kwiatami. Ceremonia odbywała się na balkonie, a poddani podziwiali ją
z dołu.
Stanęłam na balkonie przed moim dziadkiem, a on trzymał w ręku koronę. Moja uroczystość była skromna, nie taka jak inne koronacje. Musiałam przysięgnąć, że będę sprawiedliwie rządzić naszą krainą i po złożeniu przysięgi dziadek włożył mi koronę.
Tak naprawdę, to dziadek nie był już królem, bo oddał mi koronę. Był teraz moim doradcą. Popłakał się ze wzruszenia, a dworzanie zaczęli klaskać i krzyczeć: ”Niech żyje królowa Gabriela”. Potem z dziadkiem zeszliśmy z balkonu i bawiliśmy się z dworzanami do białego rana. Dziadek został całą noc, a ja poszłam pojeździć na Zenonie. Biegaliśmy po łąkach skąpanych w blasku księżyca i wspólnie postanowiliśmy (chociaż Zenon nie potrafił mówić), że chociaż jestem królową, to nadal będziemy razem odkrywać nowe miejsca. Gdyby nie mój koń nie byłoby mnie tu.
Po całym wydarzeniu dziadek powiedział mi, że tamta osada to dawna siedziba naszego dworu. Dowiedziałam się też, że mojej władzy podlega jeszcze kilka miast w okolicach zamku. I tak zaczęły się moje rządy, które pewnie będą trwać długo, długo i jeszcze dłużej. Koniec.

sobota, 17 stycznia 2015

Zagadka #9

Hej!

Rozwiązanie zagadki #8: szkoła
Punkt zdobyła: Zuzia

Zagadka #9:
Możesz zapisywać tam różne rzeczy.

Powodzenia! :)

Natalia

czwartek, 15 stycznia 2015

Opowiadanie #2



Obudziłam się wcześniej rano. Blask porannego słońca oświetlał puszczę, a pomiędzy drzewami latały kolorowe motyle. Zerwałam jabłka i zjadłam parę, bo po śniadaniu chciałam wyruszyć na poszukiwania ludzi. Najadłam się do syta i ruszyłam w drogę. Podróż nie była przyjemna. W wilgotnym lesie rosło dużo paproci i innych drobnych krzaczków, przez które musiałam przejść, bo był to dziki las i nikt nie wydeptał tam drogi. Po dłuższej wędrówce
w lesie zaczęły pojawiać się indiańskie totemy.
Kiedy poszłam jeszcze kawałek, zobaczyłam wioskę. Pobiegłam w jej stronę, ale przeżyłam rozczarowanie. Wioska była opuszczona. Pomimo to wciąż było tam pełno jedzenia. Zjadłam kilka kromek chleba i napiłam się wody. Z szaf zabrałam jeden strój, który wydawał mi się nietypowy. Był długi, ciemnozielony, miał długie rękawy i kaptur. Kojarzył mi się ze strojem mnicha. Chociaż peleryna była brzydka ubrałam ją, bo moje ubrania były przemoczone.
Zbliżała się noc. Słońce znikało za horyzontem, a na wschodzie pojawił się księżyc.
Wciąż było ciepło, ale wolałam spać w jednym z domków w wiosce. Położyłam się na wygodnym łóżku i zasnęłam. Rano wstałam, zjadłam śniadanie i zaczęłam się zastanawiać,
co dalej robić. Jakieś dziwne uczucie powodowało, że chciałam pójść na zachód. Poszłam do stajni, wybrałam sobie konia i ruszyłam w drogę. Oczywiście spakowałam jedzenie i ubranie na zapas.
Zenon (tak nazwałam konia) i ja bardzo długo podróżowaliśmy. Mijaliśmy gęsto zarośnięte trawią i kwiatami łąki, równiny, bagna, pustynie i wysokie, zaśnieżone góry, pełne wodospadów. Kiedy siedziałam nad jednym z tych wodospadów, zaczęłam rozmyślać nad tym, czy kiedykolwiek wrócę do domu. Nie tęsknię za domem, ale … brakuje mi ludzi.
Zenon jest kochanym koniem, jednak koń nigdy nie zastąpi człowieka. Postanowiłam skończyć z rozmyślaniem, bo bałam się, że wpadnę w depresję. W mojej sytuacji depresja byłaby prawdziwą tragedią. Napiłam się wody ze strumienia, umyłam konia, zebrałam owoce z nieopodal rosnących drzew i wyruszyłam w drogę.
Po kilku dniach drogi, w oddali zobaczyłam zarys zamku. Dotarcie do bram królestwa zajęło mi kilka godzin. Droga była bardzo przyjemna. Wiał letni wiatr, Zenon biegł spokojnym truchtem. Jechaliśmy przez porośnięte trawą i kwiatami łąki, przez które gdzieniegdzie przepływały płytkie strumyki. Kiedy już dotarłam do zamku, byłam miło zaskoczona. Przywitały mnie radosne okrzyki dworzan i sam król. Był to niski i chudy starszy pan
z wesołym uśmiechem na ustach.
- Niech żyje królowa Gabriela! - krzyczeli dworzanie. Trochę się przestraszyłam, bo byłam pewna, że chodzi o mnie. Ciąg dalszy nastąpi...
Zuzia

wtorek, 13 stycznia 2015

Detektyw Smith i tajemnica potencjalnych złodziei. |2

Zapraszam do czytania! :*

Smith wyszedł z domu i wsiadł do swojego czarnego Mercedesa. Jechał szosami i alejami, aż wreszcie dotarł do swojej agencji. Był to wysoki wieżowiec, z niezliczoną ilością okien. Z zewnątrz normalny, ale była to najlepsza na świecie agencja detektywów i tajnych agentów. Johnson był w tej agencji dlatego, że był najlepszym brytyjskim detektywem i rozwiązał każdą zagadkę przed którą go postawiono. Wszedł do środka i pokazał swoją legitymacje dwóm umięśnionym strażnikom. Ci go przepuścili, a detektyw wsiadł do windy. Jechał na dziesiąte piętro do gabinetu najwyższego szefa, całej agencji. Po dotarciu na piętro dziesiąte, wszedł do pokoju 222.
- Dzień dobry szefie. - rzekł Johnson.
- Witaj, Smith. Co cię tu sprowadza? Masz dziś wolne. - odparł szef. Był to człowiek średniego wzrostu miał około metr osiemdziesiąt. W jego czarnych oczach widać było grozę, a wąs  kozia bródka potwierdzały, że z tym człowiekiem się nie zadziera. Timmy McBelrk, bo tak miał na imię ten człowiek miał również smukły i  szpiczasty nos. Każdy się go bał, ale nie Johnson Smith, detektyw miał odwagę za dwóch, bo przecież musi ją mieć jeśli chce pomagać światu. 
- Chodzi o sprawę kradzieży obrazu z jednego londyńskiego muzeum. Chcę się zająć tą sprawą. - powiedział Smith. 
- Widzę, że nagroda bardzo cię kręci, Smith. Masz tyle kasy i chcesz więcej to takie egoistyczne.- powiedział szef i owinął sobie wąs wokół palca. - Nie podołasz temu zadaniu. Chcę tam wysłać dwóch detektywów z Kanady, są profesjonalni i to zaszczyt, że są w naszej agencji. - mówił Timmy, a Johnson coraz bardziej się irytował.
- Nie chodzi o pieniądze. Chcę rozwikłać tę sprawę. Ci cali detektywi z Kanady, powinni wracać tam skąd przybyli. To brytyjscy detektywi powinni się zajmować sprawami Wielkiej Brytanii. - odparł Smith, pewny tego co mówi.
- Uważaj na słowa, Smith. - powiedział McBelrk, a w tej samej chwili do gabinetu wszedł wysoki mężczyzna w czarnym kapeluszu i z ciemnymi okularami na nosie. 

CDN
Autor: Natalia.

niedziela, 11 stycznia 2015

Opowiadanie #1

Hej!
Podobnie jak Olga, postanowiłam umieścić na blogu moje opowiadanie z konkursu literackiego, ale podzieliłam je na części. Nie ma tytułu, więc nazywa się "Opowiadanie". Zapraszam do czytania. :)

Skąd te grzmoty i burza?! Przecież jeszcze rano świeciło piękne słońce i dzień zapowiadał się wspaniale! Aż tu nagle zrobiło się ciemno i zaczęło padać. Oczywiście jak zawsze miałam pecha i zaczęło padać kiedy wracałam ze szkoły. Niestety nie skończyło się na zwykłym deszczu. Wiał silny wiatr, ale myślałam, że to nic takiego i po prostu przyspieszyłam kroku. Jednak odniosłam wrażenie, że wiatr jest jeszcze silniejszy i wydawało mi się, że zbliża się do mnie. Miałam rację. Odwróciłam się za siebie i zobaczyłam tornado. Przeraziłam się
i chciałam uciekać, ale zamiast próbować uratować sobie życie, usiadłam na chodniku
i rozpłakałam się. Moja bezradność mnie przeraziła, jednak nic z tym nie zrobiłam. Tornado było coraz bliżej mnie. Chwilę później po prostu mnie wciągnęło. Nie pamiętam jak wyglądało od środka, ale pamiętam co było potem. Tornado wznosiło mnie w górę.
Nagle zobaczyłam rozświetlony blaskiem słońca szczyt wysokiej góry, a zaraz za nim rozciągała się dzika puszcza zakończona plażą z widokiem na błękitne morze. Wyszłam
z tornada i stanęłam na szczycie góry. Usiadłam i zaczęłam podziwiać piękny widok.

Aha, zapomniałam się przedstawić. Mam na imię Gabrysia, ale wszyscy mówią na mnie Gabi i nie przeszkadza mi to. Mam dziewięć lat i … mieszkam w domu dziecka. Moi rodzice zginęli w wypadku kiedy miałam dziewięć miesięcy. Przeważnie jestem optymistką, jednak szybko się poddaję. Źle się uczę i nie jestem zbyt lubiana. Zawsze, kiedy wracam ze szkoły szybko odrabiam lekcje i wracam do czytania książek fantastycznych. Czytam, kiedy tylko mogę, czasem zaniedbuję przez to obowiązki. Czytanie jest dla mnie jak ucieczka z realnego świata. Co prawda dostaję kary za zaniedbywanie obowiązków, ale takie kary są bardzo przyjemne. Zamiast iść do kina na jakiś głupi, nudny, pouczający film mogę zostać (właściwie muszę) i wtedy mam czas na czytanie. Wychowawcy z domu dziecka mnie nie lubią.
Chyba za to, że różnię się od moich rówieśników. Oni chcą wiecznie wymieniać się kartami piłkarskimi, bawić lalkami Monster-High, albo grać w zbijaka. Tak naprawdę to nie mam na co narzekać. Zawsze znajdą się tacy, którzy mają gorzej.
Siedziałam na górze i po jakimś czasie zaczęłam odczuwać samotność. Do tego byłam głodna. Zeszłam z góry i zaczęłam szukać czegoś do jedzenia. Znalazłam jabłoń, zerwałam
z niej kilka jabłek i umyłam je w płynącym nieopodal strumieniu. Zjadłam jabłka, napiłam się wody i przysnęłam. Ciąg dalszy nastąpi...


Zuza
PS Pamiętajcie, że jutro mamy sprawdzian z historii. :(

czwartek, 8 stycznia 2015

Shangri-La

                                                                             Hej!
        Dzisiaj zawitałam na naszego, klasowego bloga z nowym opowiadaniem. Mam nadzieję, że Wam się spodoba:)



 


                                                        Zegar

        Bim, bam, to stary zegar po babci. Zawsze wiedziałem, że jest niezwykły, bo nie tylko bimbami, ale śpiewa kołysanki, mruczy jak kot, albo wymachuje wahadłem. Dzisiaj też zachowywał się niezwykle, bo gdy wpadliśmy z chłopakami do biblioteki w starym domu mojej babci w Łomiankach, (musicie wiedzieć, że niedawno przeprowadziła się do nas, do Warszawy, tylko mieszka trzy domy dalej) zaczął mówić dziwne rzeczy.

         To, że mówił, to akurat nie jest dziwne, bo robił to już setki razy, ale dzisiaj mówił coś o zaginionej krainie, dachu świata i ogólnie nic z tego z chłopakami z klasy nie rozumieliśmy. Dopiero później wszystko ułożyło się nam w logiczną całość. Brzmiało to mniej więcej tak:

-Kto przejdzie tę próbę, wnet skarby ujrzy. Na dachu świata, gdzie tylko dobre serca dostać się mogą, zaginiona kraina leży i czeka na odnalezienie. Gdy zdradzi ten, który jest najmniej godny podejrzeń, po kolei oni stracą to, o co dbają, i co pielęgnują.

-Jacy oni? –dziwił się Mietek. –Bo chyba nie chodzi o nas?

-Raczej nie –powiedział Marek. –My nie mieszkamy w jakimś miejscu, gdzie mogą się znajdować ukryte miejsca. To nie science-fiction.

-My nie. Ale ten zegar dużo przeszedł, zanim trafił do mojej rodziny –zauważyłem –Może kiedyś jego właścicielem był ktoś, kto wierzył w takie rzeczy.

      Nagle reszta chłopaków wbiegła do biblioteki.

-I co? Ustaliliście coś? – Bronek zaskoczył nas swoim pytaniem.

-Myślę, że wiemy o co chodzi –pochwaliłem się. –Ktoś, kto wymyślił tę hecę…

-A jeśli to zegar, a nie żaden człowiek? –przerwał mi nasz bojaźliwy kolega, Jaruś.

-A więc, jak już mówiłem, ten ktoś LUB zegar był bardzo sprytny. To, co wypowiedział zegar nazwijmy umownie przepowiednią. Dachem świata są nazywane Himalaje, a więc pewnie chodzi o Mont Everest. Zaginiona kraina w Himalajach? –musiałem chwilę pomyśleć. –Ach tak! To może klasztor Shangri-La. Tak na dobrą sprawę nikt na świecie nie wie, czy on naprawdę istnieje. Ale zdrajca? Przecież jak już, to tam mieszkają sami mnisi.

Nie dokończyłem swojej przemowy, gdy nagle zegar wybił godzinę dwunastą, ale coś mu się pomyliło, bo bił aż trzynaście razy. Gdy skończył, jego szklane drzwiczki poruszyły się. Zamiast drewnianej ściany tyłu zegara, ujrzeliśmy biały puch śniegu i…

…I wysokie wierzchołki gór! Tak, byliśmy w Himalajach! Te majestatyczne szczyty, ten śnieg leżący wokoło, piękny widok… Wokół panował straszliwy ziąb. Nawet najmniejsza roślinka nie miała prawa tu przetrwać.

Wszyscy rozglądali się przed siebie i na boki, szukając wzrokiem muflonów. Nagle, każdego uczestnika wyprawy (nawet mnie, choć trochę się zdziwiłem, bo na ogół jestem najodważniejszy) ogarnął niczym nieuzasadniony, paniczny wręcz – strach. Był to coraz większy, i większy lęk, jak byśmy widzieli ogromnego pająka, który nie mógł nam zejść z drogi. Szliśmy jednak dalej i szybko zapomnieliśmy o przerażającej myśli. Po pewnym czasie pomyśleliśmy o czymś innym. Pojawiły się obawy, jak ósemka gimnazjalistów, samych, w środku wielkich Himalajów, ma wejść na ośmiotysięcznik, taki jak Mont Everest? Przecież to niemożliwe… A jednak…

Byliśmy naprawdę zmęczeni i powoli traciliśmy nadzieję, że to w ogóle może się udać. W tym właśnie momencie, zamiast widoku dalszej trasy, zorientowaliśmy się, że stoimy na szczycie. Tylko, że nie zobaczyliśmy ośnieżonych gór, czy muflonów skaczących po skałach, zobaczyliśmy wielki posąg.

Była to złota figura Buddy, umieszczona na dachu potężnego klasztoru. Stał on w samym środku puszczy, na tle gigantycznego wodospadu, takiego jak Niagara. Całe to miejsce otaczał rój drzew, krzewów, kwiatów, nawet nie wspominając o ziołach. Gdy patrzyło się na to skupisko drzew, (gdzie prawie jedno rosło na drugim) czasami można było dojrzeć małe i ogromne ptaki, a miejscami nawet małpy, i wiele innych zwierząt. Co jakiś czas mogliśmy zobaczyć przechodzących ludzi, ubranych w pomarańczowe habity i przepasanych pozłacanymi sznurami.

-Tak pięknie może być tylko w Shangri-La… -i miałem rację, bo właśnie tam trafiliśmy.

          Nagle podszedł do nas jakiś mnich z długą, siwą brodą, na której miał zawiązaną  czerwoną jak ogień wstążkę.

           -Witajcie, drogie dzieci! –mężczyzna zaczął rozmowę -Miło mi, gościć was u mnichów z klasztoru Shaolin.

-Czy jesteśmy w Shangri-La? –Jarek trochę się zląkł.

 Mnich najwyraźniej nie chciał odpowiadać, ale kiwnął znacząco głową.

-Przypuszczam, iż jesteście bardzo zmęczeni tą, jakże męczącą podróżą. Więc teraz zaprowadzę was do waszego pokoju, który już na was czeka, a rano oprowadzę was po naszym klasztorze.

             Wszyscy bardzo chętnie ruszyliśmy za naszym przewodnikiem i gdy tylko znaleźliśmy się w pomieszczeniu z dwoma piętrowymi łóżkami dla trzech osób i jednym dla dwóch osób runęliśmy na nie jak dłudzy i od razu zapadliśmy w głębokie sny.

             Rano, gdy wszyscy się pobudzili, mnich-przewodnik zapukał do naszych drzwi.

-Wyspaliście się? –spytał- Jeśli tak, to zapraszam na przechadzkę po Shangri-La.

-Aaa, mnie przydałaby się jeszcze jedna godzinka snu –mruknął Marek, ale tak, żeby mnich nie usłyszał, lecz reszta cicho chichotała.

-A więc chodźmy! –zarządził zakonnik i pomaszerowaliśmy za nim.

             Szliśmy przez długi korytarz, gdzie na każdej ścianie wisiało wiele pięknych, malowniczych krajobrazów i portretów. Mijaliśmy sporo drzwi, a co jakiś czas przez okna widzieliśmy pracujących i odpoczywających mnichów. Gdy wreszcie wyszliśmy na dwór naszym oczom ukazał się chyba najpiękniejszy ogród jaki kiedykolwiek widziałem. Spróbujcie wyobrazić sobie te drzewa i krzewy przycięte w rozmaite kształty. Na każdym kroku rosły piękne dalie, chryzantemy, astry i jeszcze wiele, wiele innych kwiatów, których nawet nie potrafię nazwać. Kawałek dalej były grządki z warzywami, a obok nich krzątali się pracowici mnisi-ogrodnicy. Na końcu grządek mieścił się obrośnięty bluszczem łuk, a za nim wielki żywopłot pod którym stał postument z ręcznie pisaną, jeszcze nie skończoną książką. Najwyraźniej pracował tam mnich-poeta.

          Byliśmy już porządnie głodni, gdy nagle z klasztornej dzwonnicy dobiegł donośny głos dzwonu. Pomaszerowaliśmy do wielkiej stołówki. Chyba o tej porze tutaj jadało się śniadania, bo pomieszczenie z brązowymi ścianami wypełniło się najprawdopodobniej całym zakonem (swoją drogą członków nie było za wiele, około dziesięciu). Naprawdę rozsmakowaliśmy się w tym śniadaniu. Niektórzy zajadali się jajecznicą z pomidorami, inni owsianką z owocami, ale ja wybrałem omlet z pieczarkami i pomidorami. Było naprawdę świetnie, nawet chciałem to powiedzieć przewodnikowi, ale akurat teraz wsiąkł gdzieś jak kamfora…

-Ależ pysznie gotuje ten kucharz! –pomyślałem.

         Wtem, głośny dzwon przerwał nam jedzenie i nasze rozmyślania.

-Szybko, uciekajcie, wychodźcie na zewnątrz! –krzyczał jeden mnich, a nas doszedł dziwny zapach, coś jakby spalenizna…

-Pali się! Klasztor się pali!

          Naprawdę byliśmy tym zdziwieni, ale posłusznie szybko ruszyliśmy się z ławek, na których siedzieliśmy i wybiegliśmy na zewnątrz, ja, mnisi i reszta chłopaków z mojej klasy. Gdy byliśmy już bezpieczni, z żalem patrzyliśmy na płonący klasztor, owoc długiej pracy zakonników.

-Naprawdę nie możemy nic zrobić? –spytałem, bo miałem chęć ugasić ten pożar.

-Naprawdę. Nasze prawo każe pomagać, ale gdy idzie o żywioły, w tym przypadku o ogień reguła każe nam zostawić je w spokoju –odrzekł mnich polskiego pochodzenia, Janek.

        Nagle dołączył do nas mnich-przewodnik. Przyszło mi coś do głowy, więc postanowiłem spytać:

-Mnichu, gdzie był mnich, gdy klasztor zaczął płonąć?

-Jesteś bardzo spostrzegawczy, drogi Antku. Jako jedyny zobaczyłeś, że nie było mnie na obiedzie –mnich był nieco tajemniczy. –Ale niestety muszę cię zmartwić, nie zrobiłem nic złego.

-To był obiad? Więc przespaliśmy śniadanie? –mruknął Marek, trochę zrezygnowany, ponieważ było jeszcze wcześnie i zostało tyle czasu do kolacji…

-Nic złego, nic złego… Ale to mnich podpalił klasztor! –wszyscy zrobili krok do tyłu, a na środek wyszedł oskarżony przeze mnie zakonnik.

-Brawo, brawo! Wreszcie zrozumiałeś chłopcze. Naprawdę zaczynam cię lubić! Byłbyś świetnym filozofem –brat zakonny stawał się coraz bardziej zarozumiały.

-Dlaczego to zrobiłeś?

-Ja tylko wykonałem przepowiednię. Pamiętasz? ,,(…) Gdy zdradzi ten, który jest najmniej godny podejrzeń, po kolei oni stracą to, o co dbają i co pielęgnują.’’

-Przecież to słowa naszej przepowiedni… -pomyślałem

-Po kolei, : mnichom ogrodnikom zniszczyłem ogród, poecie – książkę, kucharzowi wyrzuciłem wszystkie przyprawy, sprzątaczom – miotły, a moim oczkiem w głowie był klasztor, więc go spaliłem, ot cała historia –mnich pomimo zdemaskowania nie był jakoś specjalnie speszony.

         Właśnie mieliśmy usłyszeć odgłosy niechęci i zrozpaczenia, ale zamiast tego doszło nas znajome tykanie... I za nim się obejrzeliśmy, znaleźliśmy się w… bibliotece, tak jak przed niezapowiedzianą wycieczką w Himalaje!

-Chłopcy, chodźcie na obiad! –wołała nas z dołu moja babcia.

-Co proszę, babciu? Przecież dopiero jedliśmy.

-Śniadanie było prawie pięć godzin temu! –nie ukrywam, zdziwiliśmy się bardzo.

-Pewnie gdy przeszliśmy przez zegar, czas stanął w miejscu –powiedziałem chłopakom.

-Ja się nawet cieszę! –zawołał ucieszony Marek.

-Tak? –spytaliśmy chórem.

-A tak. Byłem strasznie głodny i będę mógł się najeść!

                                                                                     -Olga:)