Napisz do kogoś! :)

czwartek, 8 stycznia 2015

Shangri-La

                                                                             Hej!
        Dzisiaj zawitałam na naszego, klasowego bloga z nowym opowiadaniem. Mam nadzieję, że Wam się spodoba:)



 


                                                        Zegar

        Bim, bam, to stary zegar po babci. Zawsze wiedziałem, że jest niezwykły, bo nie tylko bimbami, ale śpiewa kołysanki, mruczy jak kot, albo wymachuje wahadłem. Dzisiaj też zachowywał się niezwykle, bo gdy wpadliśmy z chłopakami do biblioteki w starym domu mojej babci w Łomiankach, (musicie wiedzieć, że niedawno przeprowadziła się do nas, do Warszawy, tylko mieszka trzy domy dalej) zaczął mówić dziwne rzeczy.

         To, że mówił, to akurat nie jest dziwne, bo robił to już setki razy, ale dzisiaj mówił coś o zaginionej krainie, dachu świata i ogólnie nic z tego z chłopakami z klasy nie rozumieliśmy. Dopiero później wszystko ułożyło się nam w logiczną całość. Brzmiało to mniej więcej tak:

-Kto przejdzie tę próbę, wnet skarby ujrzy. Na dachu świata, gdzie tylko dobre serca dostać się mogą, zaginiona kraina leży i czeka na odnalezienie. Gdy zdradzi ten, który jest najmniej godny podejrzeń, po kolei oni stracą to, o co dbają, i co pielęgnują.

-Jacy oni? –dziwił się Mietek. –Bo chyba nie chodzi o nas?

-Raczej nie –powiedział Marek. –My nie mieszkamy w jakimś miejscu, gdzie mogą się znajdować ukryte miejsca. To nie science-fiction.

-My nie. Ale ten zegar dużo przeszedł, zanim trafił do mojej rodziny –zauważyłem –Może kiedyś jego właścicielem był ktoś, kto wierzył w takie rzeczy.

      Nagle reszta chłopaków wbiegła do biblioteki.

-I co? Ustaliliście coś? – Bronek zaskoczył nas swoim pytaniem.

-Myślę, że wiemy o co chodzi –pochwaliłem się. –Ktoś, kto wymyślił tę hecę…

-A jeśli to zegar, a nie żaden człowiek? –przerwał mi nasz bojaźliwy kolega, Jaruś.

-A więc, jak już mówiłem, ten ktoś LUB zegar był bardzo sprytny. To, co wypowiedział zegar nazwijmy umownie przepowiednią. Dachem świata są nazywane Himalaje, a więc pewnie chodzi o Mont Everest. Zaginiona kraina w Himalajach? –musiałem chwilę pomyśleć. –Ach tak! To może klasztor Shangri-La. Tak na dobrą sprawę nikt na świecie nie wie, czy on naprawdę istnieje. Ale zdrajca? Przecież jak już, to tam mieszkają sami mnisi.

Nie dokończyłem swojej przemowy, gdy nagle zegar wybił godzinę dwunastą, ale coś mu się pomyliło, bo bił aż trzynaście razy. Gdy skończył, jego szklane drzwiczki poruszyły się. Zamiast drewnianej ściany tyłu zegara, ujrzeliśmy biały puch śniegu i…

…I wysokie wierzchołki gór! Tak, byliśmy w Himalajach! Te majestatyczne szczyty, ten śnieg leżący wokoło, piękny widok… Wokół panował straszliwy ziąb. Nawet najmniejsza roślinka nie miała prawa tu przetrwać.

Wszyscy rozglądali się przed siebie i na boki, szukając wzrokiem muflonów. Nagle, każdego uczestnika wyprawy (nawet mnie, choć trochę się zdziwiłem, bo na ogół jestem najodważniejszy) ogarnął niczym nieuzasadniony, paniczny wręcz – strach. Był to coraz większy, i większy lęk, jak byśmy widzieli ogromnego pająka, który nie mógł nam zejść z drogi. Szliśmy jednak dalej i szybko zapomnieliśmy o przerażającej myśli. Po pewnym czasie pomyśleliśmy o czymś innym. Pojawiły się obawy, jak ósemka gimnazjalistów, samych, w środku wielkich Himalajów, ma wejść na ośmiotysięcznik, taki jak Mont Everest? Przecież to niemożliwe… A jednak…

Byliśmy naprawdę zmęczeni i powoli traciliśmy nadzieję, że to w ogóle może się udać. W tym właśnie momencie, zamiast widoku dalszej trasy, zorientowaliśmy się, że stoimy na szczycie. Tylko, że nie zobaczyliśmy ośnieżonych gór, czy muflonów skaczących po skałach, zobaczyliśmy wielki posąg.

Była to złota figura Buddy, umieszczona na dachu potężnego klasztoru. Stał on w samym środku puszczy, na tle gigantycznego wodospadu, takiego jak Niagara. Całe to miejsce otaczał rój drzew, krzewów, kwiatów, nawet nie wspominając o ziołach. Gdy patrzyło się na to skupisko drzew, (gdzie prawie jedno rosło na drugim) czasami można było dojrzeć małe i ogromne ptaki, a miejscami nawet małpy, i wiele innych zwierząt. Co jakiś czas mogliśmy zobaczyć przechodzących ludzi, ubranych w pomarańczowe habity i przepasanych pozłacanymi sznurami.

-Tak pięknie może być tylko w Shangri-La… -i miałem rację, bo właśnie tam trafiliśmy.

          Nagle podszedł do nas jakiś mnich z długą, siwą brodą, na której miał zawiązaną  czerwoną jak ogień wstążkę.

           -Witajcie, drogie dzieci! –mężczyzna zaczął rozmowę -Miło mi, gościć was u mnichów z klasztoru Shaolin.

-Czy jesteśmy w Shangri-La? –Jarek trochę się zląkł.

 Mnich najwyraźniej nie chciał odpowiadać, ale kiwnął znacząco głową.

-Przypuszczam, iż jesteście bardzo zmęczeni tą, jakże męczącą podróżą. Więc teraz zaprowadzę was do waszego pokoju, który już na was czeka, a rano oprowadzę was po naszym klasztorze.

             Wszyscy bardzo chętnie ruszyliśmy za naszym przewodnikiem i gdy tylko znaleźliśmy się w pomieszczeniu z dwoma piętrowymi łóżkami dla trzech osób i jednym dla dwóch osób runęliśmy na nie jak dłudzy i od razu zapadliśmy w głębokie sny.

             Rano, gdy wszyscy się pobudzili, mnich-przewodnik zapukał do naszych drzwi.

-Wyspaliście się? –spytał- Jeśli tak, to zapraszam na przechadzkę po Shangri-La.

-Aaa, mnie przydałaby się jeszcze jedna godzinka snu –mruknął Marek, ale tak, żeby mnich nie usłyszał, lecz reszta cicho chichotała.

-A więc chodźmy! –zarządził zakonnik i pomaszerowaliśmy za nim.

             Szliśmy przez długi korytarz, gdzie na każdej ścianie wisiało wiele pięknych, malowniczych krajobrazów i portretów. Mijaliśmy sporo drzwi, a co jakiś czas przez okna widzieliśmy pracujących i odpoczywających mnichów. Gdy wreszcie wyszliśmy na dwór naszym oczom ukazał się chyba najpiękniejszy ogród jaki kiedykolwiek widziałem. Spróbujcie wyobrazić sobie te drzewa i krzewy przycięte w rozmaite kształty. Na każdym kroku rosły piękne dalie, chryzantemy, astry i jeszcze wiele, wiele innych kwiatów, których nawet nie potrafię nazwać. Kawałek dalej były grządki z warzywami, a obok nich krzątali się pracowici mnisi-ogrodnicy. Na końcu grządek mieścił się obrośnięty bluszczem łuk, a za nim wielki żywopłot pod którym stał postument z ręcznie pisaną, jeszcze nie skończoną książką. Najwyraźniej pracował tam mnich-poeta.

          Byliśmy już porządnie głodni, gdy nagle z klasztornej dzwonnicy dobiegł donośny głos dzwonu. Pomaszerowaliśmy do wielkiej stołówki. Chyba o tej porze tutaj jadało się śniadania, bo pomieszczenie z brązowymi ścianami wypełniło się najprawdopodobniej całym zakonem (swoją drogą członków nie było za wiele, około dziesięciu). Naprawdę rozsmakowaliśmy się w tym śniadaniu. Niektórzy zajadali się jajecznicą z pomidorami, inni owsianką z owocami, ale ja wybrałem omlet z pieczarkami i pomidorami. Było naprawdę świetnie, nawet chciałem to powiedzieć przewodnikowi, ale akurat teraz wsiąkł gdzieś jak kamfora…

-Ależ pysznie gotuje ten kucharz! –pomyślałem.

         Wtem, głośny dzwon przerwał nam jedzenie i nasze rozmyślania.

-Szybko, uciekajcie, wychodźcie na zewnątrz! –krzyczał jeden mnich, a nas doszedł dziwny zapach, coś jakby spalenizna…

-Pali się! Klasztor się pali!

          Naprawdę byliśmy tym zdziwieni, ale posłusznie szybko ruszyliśmy się z ławek, na których siedzieliśmy i wybiegliśmy na zewnątrz, ja, mnisi i reszta chłopaków z mojej klasy. Gdy byliśmy już bezpieczni, z żalem patrzyliśmy na płonący klasztor, owoc długiej pracy zakonników.

-Naprawdę nie możemy nic zrobić? –spytałem, bo miałem chęć ugasić ten pożar.

-Naprawdę. Nasze prawo każe pomagać, ale gdy idzie o żywioły, w tym przypadku o ogień reguła każe nam zostawić je w spokoju –odrzekł mnich polskiego pochodzenia, Janek.

        Nagle dołączył do nas mnich-przewodnik. Przyszło mi coś do głowy, więc postanowiłem spytać:

-Mnichu, gdzie był mnich, gdy klasztor zaczął płonąć?

-Jesteś bardzo spostrzegawczy, drogi Antku. Jako jedyny zobaczyłeś, że nie było mnie na obiedzie –mnich był nieco tajemniczy. –Ale niestety muszę cię zmartwić, nie zrobiłem nic złego.

-To był obiad? Więc przespaliśmy śniadanie? –mruknął Marek, trochę zrezygnowany, ponieważ było jeszcze wcześnie i zostało tyle czasu do kolacji…

-Nic złego, nic złego… Ale to mnich podpalił klasztor! –wszyscy zrobili krok do tyłu, a na środek wyszedł oskarżony przeze mnie zakonnik.

-Brawo, brawo! Wreszcie zrozumiałeś chłopcze. Naprawdę zaczynam cię lubić! Byłbyś świetnym filozofem –brat zakonny stawał się coraz bardziej zarozumiały.

-Dlaczego to zrobiłeś?

-Ja tylko wykonałem przepowiednię. Pamiętasz? ,,(…) Gdy zdradzi ten, który jest najmniej godny podejrzeń, po kolei oni stracą to, o co dbają i co pielęgnują.’’

-Przecież to słowa naszej przepowiedni… -pomyślałem

-Po kolei, : mnichom ogrodnikom zniszczyłem ogród, poecie – książkę, kucharzowi wyrzuciłem wszystkie przyprawy, sprzątaczom – miotły, a moim oczkiem w głowie był klasztor, więc go spaliłem, ot cała historia –mnich pomimo zdemaskowania nie był jakoś specjalnie speszony.

         Właśnie mieliśmy usłyszeć odgłosy niechęci i zrozpaczenia, ale zamiast tego doszło nas znajome tykanie... I za nim się obejrzeliśmy, znaleźliśmy się w… bibliotece, tak jak przed niezapowiedzianą wycieczką w Himalaje!

-Chłopcy, chodźcie na obiad! –wołała nas z dołu moja babcia.

-Co proszę, babciu? Przecież dopiero jedliśmy.

-Śniadanie było prawie pięć godzin temu! –nie ukrywam, zdziwiliśmy się bardzo.

-Pewnie gdy przeszliśmy przez zegar, czas stanął w miejscu –powiedziałem chłopakom.

-Ja się nawet cieszę! –zawołał ucieszony Marek.

-Tak? –spytaliśmy chórem.

-A tak. Byłem strasznie głodny i będę mógł się najeść!

                                                                                     -Olga:)

1 komentarz: