Napisz do kogoś! :)

czwartek, 15 stycznia 2015

Opowiadanie #2



Obudziłam się wcześniej rano. Blask porannego słońca oświetlał puszczę, a pomiędzy drzewami latały kolorowe motyle. Zerwałam jabłka i zjadłam parę, bo po śniadaniu chciałam wyruszyć na poszukiwania ludzi. Najadłam się do syta i ruszyłam w drogę. Podróż nie była przyjemna. W wilgotnym lesie rosło dużo paproci i innych drobnych krzaczków, przez które musiałam przejść, bo był to dziki las i nikt nie wydeptał tam drogi. Po dłuższej wędrówce
w lesie zaczęły pojawiać się indiańskie totemy.
Kiedy poszłam jeszcze kawałek, zobaczyłam wioskę. Pobiegłam w jej stronę, ale przeżyłam rozczarowanie. Wioska była opuszczona. Pomimo to wciąż było tam pełno jedzenia. Zjadłam kilka kromek chleba i napiłam się wody. Z szaf zabrałam jeden strój, który wydawał mi się nietypowy. Był długi, ciemnozielony, miał długie rękawy i kaptur. Kojarzył mi się ze strojem mnicha. Chociaż peleryna była brzydka ubrałam ją, bo moje ubrania były przemoczone.
Zbliżała się noc. Słońce znikało za horyzontem, a na wschodzie pojawił się księżyc.
Wciąż było ciepło, ale wolałam spać w jednym z domków w wiosce. Położyłam się na wygodnym łóżku i zasnęłam. Rano wstałam, zjadłam śniadanie i zaczęłam się zastanawiać,
co dalej robić. Jakieś dziwne uczucie powodowało, że chciałam pójść na zachód. Poszłam do stajni, wybrałam sobie konia i ruszyłam w drogę. Oczywiście spakowałam jedzenie i ubranie na zapas.
Zenon (tak nazwałam konia) i ja bardzo długo podróżowaliśmy. Mijaliśmy gęsto zarośnięte trawią i kwiatami łąki, równiny, bagna, pustynie i wysokie, zaśnieżone góry, pełne wodospadów. Kiedy siedziałam nad jednym z tych wodospadów, zaczęłam rozmyślać nad tym, czy kiedykolwiek wrócę do domu. Nie tęsknię za domem, ale … brakuje mi ludzi.
Zenon jest kochanym koniem, jednak koń nigdy nie zastąpi człowieka. Postanowiłam skończyć z rozmyślaniem, bo bałam się, że wpadnę w depresję. W mojej sytuacji depresja byłaby prawdziwą tragedią. Napiłam się wody ze strumienia, umyłam konia, zebrałam owoce z nieopodal rosnących drzew i wyruszyłam w drogę.
Po kilku dniach drogi, w oddali zobaczyłam zarys zamku. Dotarcie do bram królestwa zajęło mi kilka godzin. Droga była bardzo przyjemna. Wiał letni wiatr, Zenon biegł spokojnym truchtem. Jechaliśmy przez porośnięte trawą i kwiatami łąki, przez które gdzieniegdzie przepływały płytkie strumyki. Kiedy już dotarłam do zamku, byłam miło zaskoczona. Przywitały mnie radosne okrzyki dworzan i sam król. Był to niski i chudy starszy pan
z wesołym uśmiechem na ustach.
- Niech żyje królowa Gabriela! - krzyczeli dworzanie. Trochę się przestraszyłam, bo byłam pewna, że chodzi o mnie. Ciąg dalszy nastąpi...
Zuzia

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz