Obudziłam
się wcześniej rano. Blask porannego słońca oświetlał puszczę, a pomiędzy
drzewami latały kolorowe motyle. Zerwałam jabłka i zjadłam parę, bo po
śniadaniu chciałam wyruszyć na poszukiwania ludzi. Najadłam się do syta i
ruszyłam w drogę. Podróż nie była przyjemna. W wilgotnym lesie rosło dużo
paproci i innych drobnych krzaczków, przez które musiałam przejść, bo był to
dziki las i nikt nie wydeptał tam drogi. Po dłuższej wędrówce
w lesie zaczęły pojawiać się indiańskie totemy.
w lesie zaczęły pojawiać się indiańskie totemy.
Kiedy
poszłam jeszcze kawałek, zobaczyłam wioskę. Pobiegłam w jej stronę, ale
przeżyłam rozczarowanie. Wioska była opuszczona. Pomimo to wciąż było tam pełno
jedzenia. Zjadłam kilka kromek chleba i napiłam się wody. Z szaf zabrałam jeden
strój, który wydawał mi się nietypowy. Był długi, ciemnozielony, miał długie
rękawy i kaptur. Kojarzył mi się ze strojem mnicha. Chociaż peleryna była
brzydka ubrałam ją, bo moje ubrania były przemoczone.
Zbliżała
się noc. Słońce znikało za horyzontem, a na wschodzie pojawił się księżyc.
Wciąż było ciepło, ale wolałam spać w jednym z domków w wiosce. Położyłam się na wygodnym łóżku i zasnęłam. Rano wstałam, zjadłam śniadanie i zaczęłam się zastanawiać,
co dalej robić. Jakieś dziwne uczucie powodowało, że chciałam pójść na zachód. Poszłam do stajni, wybrałam sobie konia i ruszyłam w drogę. Oczywiście spakowałam jedzenie i ubranie na zapas.
Wciąż było ciepło, ale wolałam spać w jednym z domków w wiosce. Położyłam się na wygodnym łóżku i zasnęłam. Rano wstałam, zjadłam śniadanie i zaczęłam się zastanawiać,
co dalej robić. Jakieś dziwne uczucie powodowało, że chciałam pójść na zachód. Poszłam do stajni, wybrałam sobie konia i ruszyłam w drogę. Oczywiście spakowałam jedzenie i ubranie na zapas.
Zenon
(tak nazwałam konia) i ja bardzo długo podróżowaliśmy. Mijaliśmy gęsto
zarośnięte trawią i kwiatami łąki, równiny, bagna, pustynie i wysokie,
zaśnieżone góry, pełne wodospadów. Kiedy siedziałam nad jednym z tych
wodospadów, zaczęłam rozmyślać nad tym, czy kiedykolwiek wrócę do domu. Nie
tęsknię za domem, ale … brakuje mi ludzi.
Zenon jest kochanym koniem, jednak koń nigdy nie zastąpi człowieka. Postanowiłam skończyć z rozmyślaniem, bo bałam się, że wpadnę w depresję. W mojej sytuacji depresja byłaby prawdziwą tragedią. Napiłam się wody ze strumienia, umyłam konia, zebrałam owoce z nieopodal rosnących drzew i wyruszyłam w drogę.
Zenon jest kochanym koniem, jednak koń nigdy nie zastąpi człowieka. Postanowiłam skończyć z rozmyślaniem, bo bałam się, że wpadnę w depresję. W mojej sytuacji depresja byłaby prawdziwą tragedią. Napiłam się wody ze strumienia, umyłam konia, zebrałam owoce z nieopodal rosnących drzew i wyruszyłam w drogę.
Po
kilku dniach drogi, w oddali zobaczyłam zarys zamku. Dotarcie do bram królestwa
zajęło mi kilka godzin. Droga była bardzo przyjemna. Wiał letni wiatr, Zenon
biegł spokojnym truchtem. Jechaliśmy przez porośnięte trawą i kwiatami łąki,
przez które gdzieniegdzie przepływały płytkie strumyki. Kiedy już dotarłam do
zamku, byłam miło zaskoczona. Przywitały mnie radosne okrzyki dworzan i sam
król. Był to niski i chudy starszy pan
z wesołym uśmiechem na ustach.
z wesołym uśmiechem na ustach.
- Niech żyje królowa
Gabriela! - krzyczeli dworzanie. Trochę się przestraszyłam, bo byłam pewna, że
chodzi o mnie. Ciąg dalszy nastąpi...
Zuzia
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz